Dziś napiszę o… pisaniu

Dziś napiszę o… pisaniu

Jak pisać, żeby napisać? To pytanie zadawałem sobie od grudnia 2017 r., kiedy to zacząłem coś tworzyć „na poważnie”. Zrozumiałem wtedy, że pojedynczy fragment lub jakąś część historii stworzyć jest łatwo, ale o wiele trudniej przychodzi mi dokończenie wątków i skończenie tekstu jako zamkniętej całości.

Moje zeszłoroczne początki są zupełnie niezwiązanie fabularnie z wydaną niedawno „Niekrólewską wyprawą”. Pisałem wtedy o Wojciechu, który wyruszył po złotą zbroję, później zacząłem znów tworzyć ogromną powieść na kształt „Władcy Pierścieni”. Wszystko to zaczynało się świetnie, jednak codzienne obowiązki wybijały mnie z konsekwentnego pisania, przez co tempo spadało, a ja traciłem wenę.

W pewnym momencie postanowiłem, że z kolejnym utworem będzie inaczej. Szkoda mi było czasu na powolne tworzenie i przeciąganie pisania do nieskończoności. Z perspektywy czasu, takie nieefektywne pisanie było bardzo denerwujące.

Po pierwsze, wyznaczyłem sobie konkretny i dokładny termin. Pisanie „Niekrólewskiej wyprawy” zacząłem w połowie lutego, a zgodnie z podjętą wcześniej decyzją miałem miesiąc na dokończenie pracy. Czy to było mało, czy za dużo? W tamtym momencie zupełnie tego nie wiedziałem.

Kolejnym etapem było wybranie czegoś, wokół którego będzie toczyć się cała fabuła. Czegoś, co będzie wyznaczać cel, początek i koniec przygody mojej postaci. Zdecydowałem, że napiszę bajkę o podróży po księgę. Chciałem żeby jednocześnie moja książka była książką mądrą, żeby była „skarbnicą wiedzy”, ale zamierzałem poprzez przygodę bohatera także pokazać, że książki to nie wszystko, że trzeba uczyć się żyć poprzez własne doświadczenia, a nie tylko czytając mądre słowa zapisane gdzieś na papierze. Tak właśnie zrodził się pomysł na fabułę mojej bajki.

Początek pisania był niesamowicie ekscytujący! Mogłem przecież zapisywać wszystko, co tylko chciałem. W ciągu jednego dnia stworzyłem prawie połowę pierwszego rozdziału, co w porównaniu z całością, czyli sześcioma, jest sporym osiągnięciem. Nie wiedziałem jeszcze, że taka swoboda i wena nie będzie mi towarzyszyć codziennie. Wracając jednak do początków – nie miałem od razu pomysłu na to, co konkretnie będzie się działo podczas podróży bohatera, ani jaki dokładnie morał będzie płynął z bajki. Zacząłem (ograniczone tylko wyobraźnią) tworzenie przygody króla Jana wierząc, że wszystko będzie dobrze.

Z obecnej perspektywy stwierdzam, że było to dobre, ponieważ wykorzystałem impuls (czyli decyzję o rozpoczęciu pisania) i zacząłem tworzyć, nie czekając na dokładne zaplanowanie całej fabuły.

W tym miejscu pojawia się ogromna rola moich bliskich, którzy pomogli mi wymyślić i pociągnąć dalej ten proces twórczy. Nie chcę opisywać tego teraz szczegółowo, bo widzę, jak ten wpis się rozrasta.

Mogę jednak zaryzykować tezę, że tylko geniusz jest w stanie samodzielnie stworzyć coś dobrego. Ja osobiście prawie codziennie potrzebowałem chociażby przedyskutowania problemów, które pojawiały się podczas pisania.

W moim specyficznym przypadku, który polega na pisaniu wierszem, problem rodziło także słownictwo. Na początku szło mi tak dobrze, między innymi dlatego, że każdy rym był nowy i żadne słowo się nie powtarzało. Im bardziej rozrastała się historia króla Jana, tym częściej pojawiały się problemy z konstruowaniem rymów. Myślę, że pisząc prozą jest trochę podobnie, bo przecież autor tworzący każde zdanie w taki sam sposób staje się ostatecznie nudny i przewidywalny. Pisząc wierszem jest jednak chyba troszkę trudniej 😉

Sam proces pisania wciągnął mnie tak bardzo, że w zasadzie całkowicie zanurzyłem się w kreowanym przeze mnie świecie. Tworzyłem cały czas – popołudniami, wieczorami, w tramwaju czy też na wykładach (w tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy podzielili się ze mną notatkami ;)). Raz przymusowo zdecydowałem się na weekend wolnego, podczas którego docelowo miałem odpocząć i nabrać sił na dalsze zapełnianie kart historią… Efekt był odwrotny od zamierzonego, ponieważ po tym „urlopie” przez kilka dni wracałem do swojego wypracowanego rytmu pisarskiego.

W moim przypadku udało mi się zdążyć na czas, choć kończące słowo napisałem dokładnie w ostatni wyznaczony wcześniej dzień. Muszę przyznać, że towarzyszyły temu ogromne emocje i czułem jakiś taki stres w brzuchu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że z tej niewinnej gry z samym sobą zrodzi się leżąca teraz obok mnie książka pt. „Niekrólewska wyprawa”.

Powiedz innym
error20

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *