Niekrólewski Rok – Podsumowanie

Niekrólewski Rok – Podsumowanie

Witajcie!
Bardzo długo się do Was nie odzywałem, ale mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście 😉

Właśnie zakończył się rok, który dał mi całą garść zupełnie nowych doświadczeń Oczywiście w ogromnej mierze dzięki przygodzie z „Niekrólewską wyprawą”, ponieważ to było (i nadal jest) coś zupełnie nowego, niespodziewanego i ekscytującego.

Nie jestem jeszcze w stanie podsumować tego, czy finansowo „zarobię” na mojej książce, „wyjdę na zero” czy też będę pod kreską. Mogę jednak z pełną odpowiedzialnością przyznać, że ten projekt pokazał i otworzył mi wiele drzwi, których wcześniej nie widziałem. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że ta inwestycja była warta realizacji 😉

Chciałbym Wam krótko powiedzieć, jak to wszystko wygląda na chwilę obecną: siedzę sobie w moim mieszkaniu, a za sobą mam ok. 1 500 egzemplarzy „Niekrólewskiej wyprawy”. Poruszając temat samego handlu, to od października sprzedałem ok. 400 książek, ok. 70 podarowałem, a część wywiozłem do mojego domu rodzinnego, żeby mieć tam „na wszelki wypadek”.

Jeśli chodzi o sposób sprzedaży, to z zaskoczeniem zauważyłem, że niewiele książek sprzedaje się przez Internet, a o wiele więcej poprzez „sprzedaż bezpośrednią”. Według mnie, wynika to z tego, że w Internecie wszystko wygląda pięknie, wspaniale i jest bardzo dobrze reklamowane. Wydawnictwa/sklepy internetowe wydają bardzo dużo pieniędzy na reklamę, których ja po prostu nie mam. Efekt jest taki, że obok mojego biurka mam dwa ogromne kartony z … kartonami do pakowania książek.

Przed wydaniem książki myślałem, że jej sprzedaż będzie jedynym źródłem dochodu dla mnie, jako pisarza/wydawcy. Okazało się jednak, że spotkania autorskie z moją osobą także cieszą się zainteresowaniem, a biblioteki mają środki przeznaczone na to, żeby takie wydarzenia organizować. Z zaskoczeniem muszę przyznać, że gdyby nie studia i dość ograniczone zasoby czasu, to z pewnością byłbym w stanie zarobić pieniądze właśnie dzięki takim spotkaniom. Oczywiście dzięki temu, że prowadzę działalność gospodarczą, to mogę wystawiać za takie wydarzenia faktury, to jest
ułatwieniem dla podmiotów organizujących spotkania autorskie.

Wiele osób pyta mnie, czy nie zamierzam skierować części nakładu na rynek księgarski i tam sprzedawać moje książki. Zawsze odpowiadam, że nie wykluczam takiej opcji, jednak za wcześnie jest na takie decyzje. Zauważyłem, że są podmioty (bo tak to nazwę) chętne do nabycia większych ilości książek, żeby np. sprzedawać je we własnym zakresie, czy też wręczać jako nagrody. Ostatnio udało mi się nawiązać taką współpracę z Zamkiem Moszna, co dało mi kolejną szansę rozwoju i sprzedaży książek.

Niekrólewska wyprawa (a dokładniej styl 16-zgłoskowy) pomogła mi także w innym projekcie, który polegał na napisaniu 30 rymowanek z… prawa konsumenckiego. Dlatego na początku 2019 roku zostanie rozprowadzonych ok. 20 tysięcy książeczek, które będą zawierały m.in. fragmenty moich rymowanek.

Może to początek nowej drogi zawodowej…? 😉

Powiedz innym
error20
Dziś napiszę o… pisaniu

Dziś napiszę o… pisaniu

Jak pisać, żeby napisać? To pytanie zadawałem sobie od grudnia 2017 r., kiedy to zacząłem coś tworzyć „na poważnie”. Zrozumiałem wtedy, że pojedynczy fragment lub jakąś część historii stworzyć jest łatwo, ale o wiele trudniej przychodzi mi dokończenie wątków i skończenie tekstu jako zamkniętej całości.

Moje zeszłoroczne początki są zupełnie niezwiązanie fabularnie z wydaną niedawno „Niekrólewską wyprawą”. Pisałem wtedy o Wojciechu, który wyruszył po złotą zbroję, później zacząłem znów tworzyć ogromną powieść na kształt „Władcy Pierścieni”. Wszystko to zaczynało się świetnie, jednak codzienne obowiązki wybijały mnie z konsekwentnego pisania, przez co tempo spadało, a ja traciłem wenę.

W pewnym momencie postanowiłem, że z kolejnym utworem będzie inaczej. Szkoda mi było czasu na powolne tworzenie i przeciąganie pisania do nieskończoności. Z perspektywy czasu, takie nieefektywne pisanie było bardzo denerwujące.

Po pierwsze, wyznaczyłem sobie konkretny i dokładny termin. Pisanie „Niekrólewskiej wyprawy” zacząłem w połowie lutego, a zgodnie z podjętą wcześniej decyzją miałem miesiąc na dokończenie pracy. Czy to było mało, czy za dużo? W tamtym momencie zupełnie tego nie wiedziałem.

Kolejnym etapem było wybranie czegoś, wokół którego będzie toczyć się cała fabuła. Czegoś, co będzie wyznaczać cel, początek i koniec przygody mojej postaci. Zdecydowałem, że napiszę bajkę o podróży po księgę. Chciałem żeby jednocześnie moja książka była książką mądrą, żeby była „skarbnicą wiedzy”, ale zamierzałem poprzez przygodę bohatera także pokazać, że książki to nie wszystko, że trzeba uczyć się żyć poprzez własne doświadczenia, a nie tylko czytając mądre słowa zapisane gdzieś na papierze. Tak właśnie zrodził się pomysł na fabułę mojej bajki.

Początek pisania był niesamowicie ekscytujący! Mogłem przecież zapisywać wszystko, co tylko chciałem. W ciągu jednego dnia stworzyłem prawie połowę pierwszego rozdziału, co w porównaniu z całością, czyli sześcioma, jest sporym osiągnięciem. Nie wiedziałem jeszcze, że taka swoboda i wena nie będzie mi towarzyszyć codziennie. Wracając jednak do początków – nie miałem od razu pomysłu na to, co konkretnie będzie się działo podczas podróży bohatera, ani jaki dokładnie morał będzie płynął z bajki. Zacząłem (ograniczone tylko wyobraźnią) tworzenie przygody króla Jana wierząc, że wszystko będzie dobrze.

Z obecnej perspektywy stwierdzam, że było to dobre, ponieważ wykorzystałem impuls (czyli decyzję o rozpoczęciu pisania) i zacząłem tworzyć, nie czekając na dokładne zaplanowanie całej fabuły.

W tym miejscu pojawia się ogromna rola moich bliskich, którzy pomogli mi wymyślić i pociągnąć dalej ten proces twórczy. Nie chcę opisywać tego teraz szczegółowo, bo widzę, jak ten wpis się rozrasta.

Mogę jednak zaryzykować tezę, że tylko geniusz jest w stanie samodzielnie stworzyć coś dobrego. Ja osobiście prawie codziennie potrzebowałem chociażby przedyskutowania problemów, które pojawiały się podczas pisania.

W moim specyficznym przypadku, który polega na pisaniu wierszem, problem rodziło także słownictwo. Na początku szło mi tak dobrze, między innymi dlatego, że każdy rym był nowy i żadne słowo się nie powtarzało. Im bardziej rozrastała się historia króla Jana, tym częściej pojawiały się problemy z konstruowaniem rymów. Myślę, że pisząc prozą jest trochę podobnie, bo przecież autor tworzący każde zdanie w taki sam sposób staje się ostatecznie nudny i przewidywalny. Pisząc wierszem jest jednak chyba troszkę trudniej 😉

Sam proces pisania wciągnął mnie tak bardzo, że w zasadzie całkowicie zanurzyłem się w kreowanym przeze mnie świecie. Tworzyłem cały czas – popołudniami, wieczorami, w tramwaju czy też na wykładach (w tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy podzielili się ze mną notatkami ;)). Raz przymusowo zdecydowałem się na weekend wolnego, podczas którego docelowo miałem odpocząć i nabrać sił na dalsze zapełnianie kart historią… Efekt był odwrotny od zamierzonego, ponieważ po tym „urlopie” przez kilka dni wracałem do swojego wypracowanego rytmu pisarskiego.

W moim przypadku udało mi się zdążyć na czas, choć kończące słowo napisałem dokładnie w ostatni wyznaczony wcześniej dzień. Muszę przyznać, że towarzyszyły temu ogromne emocje i czułem jakiś taki stres w brzuchu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że z tej niewinnej gry z samym sobą zrodzi się leżąca teraz obok mnie książka pt. „Niekrólewska wyprawa”.

Powiedz innym
error20
Dlaczego zacząłem od końca?

Dlaczego zacząłem od końca?

Witam Was serdecznie na moim blogu.

W pierwszym wpisie chciałem podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem oraz po krótce zapowiedzieć, jakiego typu teksty znajdziecie w dalszych artykułach.

Otóż, jak pewnie część z Was już wie – jestem „self-publisherem”, czyli samodzielnym wydawcą książki, wierszowanej bajki dla dzieci pt. „Niekrólewska wyprawa”. Na wstępie chciałbym wyjaśnić, co to w ogóle jest self-publishing. Muszę przyznać, że jeszcze pół roku temu sam nie znałem tego słowa, uważam więc, że trzeba pewne rzeczy wytłumaczyć na samym początku.

W przyszłości poświęcę temu zagadnieniu cały wpis, a teraz pokrótce: self-publishing jest jedną z form wydawania książek, polega na tym, że autor tekstu (bajki, powieści) nie korzysta z „pośrednictwa” wydawnictwa, które w tradycyjnym (i najbardziej popularnym) przypadku, od momentu uzyskania tekstu od pisarza i podpisania z nim umowy, obejmuje władzę nad utworem.

Wydawnictwo przejmuje tym samym autorskie prawa majątkowe do tekstu, a pisarzowi wypłaca umówiony wcześniej procent ze sprzedaży (chyba że jest się wyjątkowym pisarzem i bierze kwotę z góry :). Najczęściej jest to od 8% do 15% ceny od każdej sprzedanej książki (częściej bliżej tej dolnej granicy, szczególnie w przypadku debiutów).

Wydając książkę na zasadzie self-publishingu, pisarz nie przekazuje nikomu praw do własnego utworu. Autor jest niezależny, może pokierować losami książki według własnego uznania. Jest to jednak bardzo trudne i angażujące zadanie. Trzeba przecież zadbać o odpowiednią korektę tekstu, znalezienie ilustratora (jeśli jest taka potrzeba), osoby która zrobi skład i łamanie książki oraz drukarni spełniającej wymagania, a jednocześnie będącej w zasięgu cenowym. Jest to tylko część technicznych wyzwań, jakie czekają osobę chcącą samodzielnie wydać książkę. Nie można zapomnieć o tym, że książki nie wystarczy wydrukować, ale trzeba ją pokazać jakoś światu. I w tym miejscu pojawia się niesamowicie czasochłonny proces szukania patronów medialnych lub chociaż osób chętnych do współpracy.

Sposobów na promocję książki jest ogrom i powinny być one dostosowane do docelowej grupy czytelników. Inne są przecież metody promowania bajki dla dzieci, a inne na przykład kryminału. Trzeba mieć też świadomość, że książkę docelowo chce się sprzedawać, i dlatego też powinno się zapewnić skuteczne sposoby dokonywania płatności oraz późniejszej wysyłki zakupionego towaru. Na koniec dochodzą jeszcze szeroko pojęte konsekwencje prawne, najczęściej powstaje potrzeba założenia działalności gospodarczej, kupna kasy fiskalnej, odprowadzania składek do ZUS-u itd. Wymaga do skrupulatnego przygotowania, przemyślenia i konsekwencji w działaniu. Sam wydruk książki to dopiero początek przygody self-publishera. Jednak jak pisałem na początku, szerzej temat omówię w innym wpisie.

Przechodząc do zapowiadanego tematu, mam wrażenie, że podejmując się wydania swojej książki, porwałem się z motyką na Słońce. Wydawanie w Polsce w formie self-publishingu dopiero raczkuje, a jeśli spojrzeć na znanych self-publisherów (np. Michała Szafrańskiego), to wydanie książki było dla nich kolejnym etapem komunikowania się z fanami/czytelnikami. Z reguły przez kilka lat przed wydaniem książki, osoby te prowadziły bloga, budując w ten sposób wierne audytorium, które po informacji o książce, było w stanie bez zbędnego zastanowienia kupić część nakładu. Ja działam od końca: nie jestem w żadnym przypadku „popularny”, nie pisałem wcześniej bloga i nie mam stałej grupy słuchaczy. Mimo to, zdecydowałem się samodzielnie wydać książkę i zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Postaram się budować grono czytelników poprzez wpisy na blogu, Facebooku, zdjęcia na Instagramie, czy też poprzez wystąpienia na spotkaniach autorskich. Co się z tego wykluje? Nie mam pojęcia. Ten blog w początkowym stadium na pewno będzie poświęcony mojej działalności pisarskiej. Jednak nie w formie publikowania fragmentów moich tekstów, a raczej dzielenia się swoim doświadczeniem, które zdobyłem przez kilka ostatnich miesięcy. Zauważyłem, że wielu ludzi chciałoby samemu coś wydać, ale po prostu boi się lub nie wie, jak podejść do tematu. Ja już część tej drogi przeszedłem, więc z chęcią podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami i znajomością tematu.

Zapraszam do wspólnej wyprawy!

Powiedz innym
error20